Czy wzrost się skończył?

28 lutego 2010 Wyłączono przez Błażej Łyszczarz

Na fali kryzysowego pogorszenia nastrojów pojawiają się kolejne głosy wieszczące, że gospodarka nie będzie już taka jak kiedyś. W wywiadzie udzielonym Gazecie Wyborczej niemiecki ekonomista Meinhard Miegel twierdzi, że kończą się czasy wzrostu gospodarczego i będziemy musieli nauczyć się żyć bez niego.

Skrajna wizja? Z pewnością. Trudno akceptowalna? Też. Jeśli bowiem ziści się, strącony zostanie z piedestału jeden z bożków współczesności – wzrost PKB. O tej boskości Miegel mówi:

Wzrost gospodarczy i pomnażanie dobrobytu są religią Zachodu. (…) Sensem egzystencji stało się pomnażanie dobrobytu materialnego i wydłużanie życia. Wiara, że zawsze będzie to możliwe, ma wręcz religijny charakter.

A dlaczego miałoby dojść do zahamowania wzrostu? Miegel tłumaczy, że kończą się możliwości wzrostu opartego na, wyczerpujących się, zasobach naturalnych. Dlatego produkcja będzie coraz droższa, a w efekcie zamiast wytwarzać nowe rowery będziemy… naprawiać stare. Przyznam, że wydawało mi się to wizją antyutopijną do fragmentu, w którym Miegel kreśli krótką historię wzrostu gospodarczego na świecie:

Aż do początku epoki industrializacji praktycznie nie było wzrostu gospodarczego. Przez setki lat gospodarka rosła w minimalnym stopniu. Standard życia w końcu XVIII wieku nie różnił się aż tak bardzo od standardu życia pod koniec epoki starożytnej. Epoka wzrostu dotyczy tylko krótkiego czasu i niewielkiego regionu świata. Człowiek może więc funkcjonować bez wzrostu gospodarczego.

Jeśli wzrost jest religią, to poglądy niemieckiego profesora pachną co najmniej reformacją. Z czego więc mamy czerpać dobrobyt jeśli nie z wzrostu konsumpcji?

Nauka języków obcych, umiejętność gry na pianinie, rozumienie sztuki czy szacunek u ludzi – to formy dobrobytu, którymi musimy nauczyć się cieszyć.

Co powiecie na wizję szacunku w oczach sąsiadki jako rekompensatę za niemożność wyjechania na egzotyczne wakacje?